Haiti,  Karaiby

JAK ZNALAZŁAM SIĘ NA HAITI W PIEKLE KARAIBSKIEGO RAJU!

Tytuł mojego wpisu jest dosyć przewrotny, a użycie słowa piekło jest celowe. Wpisując w wyszukiwarkę google hasło Haiti trafiłam na kilka tytułów artykułów, które przykuły moją szczególną uwagę; „Haiti piekło na ziemi”, „Haiti piekło karaibskiego raju” opisujące w jakich warunkach żyją tam ludzie. Może i dla niektórych osób spędzających co roku wakacje w pięciogwiazdkowych hotelach z pełnym all inclusive, wczasy na Haiti wydadzą się mało atrakcyjną alternatywą. Turyści spędzający wakacje na sąsiedniej Dominikanie i kupujący jednodniową wycieczkę na Haiti faktycznie mogą doznać szoku. Ja mam trochę inną opinię na temat tego „piekła”, którą chciałabym się z Wami podzielić. Zacznę więc od początku opowiadać moją historię. Otóż moi mili wszystkiemu winne jest vodou…

Zawsze ciągnęło mnie do „dziwnych” rzeczy i robienie czegoś inaczej niż wszyscy. Jeśli wszyscy idą w prawo to ja na przekór pójdę w lewo, co prawda będzie trudniej, ale przecież dam radę. Podobnie było z tematem mojej rozprawy doktorskiej, podchodząc do sprawy za nadto ambitnie. Wymyśliłam sobie, że wyjadę na Haiti by poznać religie vodou od podszewki i napiszę o tym doktorat. Z jakim to entuzjazmem opowiadałam wszystkim o moich fascynujących badaniach dopóki nie zaczęłam organizować sobie wyjazdu. Wtedy właśnie mój optymizm i radość znacznie zmalały. Miesiącami przygotowywałam wnioski o granty, szukałam organizacji pomocowych, które umożliwiłyby mi wyjazd w ramach wolontariatu  i wszystko na nic. Byłam tak zdeterminowana, że do dziś zastanawiam się jak ja to zrobiłam, że wytrwałam i się nie poddałam, mając w życiu do wszystkiego słomiany zapał. Po półrocznej żebraninie i proszenia o pomoc instytucji finansujących naukę w końcu pojawiło się światło w tunelu. I jakoś mnie nie dziwi fakt, że pomocną dłoń wyciągnęli do mnie nie Polacy, a Amerykanie którym to jestem bardzo wdzięczna za udzielone mi wsparcie. Pomimo że nie kwalifikowałam się do organizowanego przez nich programu, ponieważ nie posiadam obywatelstwa USA, to jednak zaoferowali mi swoją pomoc w zorganizowaniu pobytu na Haiti. I tak nie mając zielonego pojęcia gdzie dokładnie jadę, w jakich warunkach będę mieszkać, co będę i czy w ogóle będę jeść, nie mając żadnych oczekiwań, pojechałam i była to najlepsza, najbardziej wartościowa podróż moim życiu.

PODRÓŻ PEŁNA NIESPODZIANEK

Ileż to było radości jak i również nieoczekiwanych zdarzeń przed samym wyjazdem. W połowie października na trzy tygodnie przed wylotem przez Haiti przeszedł huragan Mathew. ONZ ogłosiło stan klęski żywiołowej. MSZ wydał ostrzeżenie dla podróżujących, by lepiej nie wyjeżdżać w tamtym kierunku. Ileż to razy słyszałam „nie jedź to niebezpieczne tam przecież porywają dla okupu, gwałcą i mordują, a na dodatek co trzeci mieszkaniec Haiti jest zarażony wirusem HIV”. Jejku, pomyślałam dlaczego wszyscy tak dramatyzują? Staram się w życiu z przymrużeniem oka patrzeć na takie historie bo często wynikają one ze stereotypizacji. Pojadę, zobaczę a wtedy wyrażę swoją opinię. Nie mogłam przecież poddać się przed metą. Mój poziom determinacji i siły wewnętrznej był taki wysoki, że przestępcy powinni bać się mnie a nie ja ich. I tak jak ten samotny rycerz z „Ballady o Krzyżowcu” poleciałam na Haiti dnia 22 listopada 2016 roku. Jakby mało było atrakcji z cyklu klęsk żywiołowych czy innych nieoczekiwanych zdarzeń to w Port au Prince trwała obława policyjna, ponieważ kilkudziesięciu skazanych uciekło z więzienia. Jak to się stało? Witajcie na Haiti tu wszystko może się zdarzyć.

ZAGINIONY BAGAŻ I REWIZJA OSOBISTA NA GWADELUPIE

Lecąc na Haiti miałam międzylądowanie na Gwadelupie. Jedyne co pamiętam z tego 3 godzinnego pobytu na lotnisku to rewizja osobista. Poczucie wstydu jest rzeczą ludzką, ale wstyd w połączeniu z zażenowaniem to już większy kaliber. Nie wiem czy powinnam Wam o tym opowiadać. Na pewno będziecie się ze mnie śmiali…oj dobra co mi tam trudno, najwyżej uznacie mnie za kretynkę. Tyle się nasłuchałam o Haiti, że cały swój dobytek czytaj 400 $ ukryłam wewnątrz stanika. Żeby było mało zapakowałam te pieniądze w folie spożywczą. Niektórzy już się domyślają co się wtedy stało. Przechodząc przez bramkę zaczęło się pip, pip, pip. Najpierw w ruch poszły buty, potem pytania w stylu czy ma pani jakieś kolczyki na ciele. Nic nie pomogło więc zabrały mnie dwie panie do małe pokoju przesłuchań. Proszę się rozebrać do bielizny powiedziała jedna ze strażniczek wyglądająca niczym zapaśnik sumo. I stałam prawie naga jak poborowy przed komisją lekarską do wojska. Moja roznegliżowanie na nic się nie zdało, bo dalej pipczało, więc pani z nutą podejrzliwości zadała mi dość dobitnym tonem pytanie co przewożę? Zaczęłam się więc głupio się tłumaczyć, że to może fiszbiny w moim staniku, ale one dobrze wiedziały o co chodzi. Proces rozbierania trwał w najlepsze. Dobrze, że zaczęłyśmy „striptiz” od stanika bo tam było ukryte rozwiązanie tej zagadki- dolary zapakowane w folie. Na szczęście poczucie humoru paniom dopisało, które nie mogły uwierzyć, że wpadłam na tak absurdalny pomysł. No co? Czyn godny prawdziwego przemytnika. I tak właśnie rozpoczęła się moja znajomość z Gwadelupą od odsłonięcia swoich wdzięków.


Obawy przed podróżą są naturalną rzeczą. Ja miałam tylko jedną – wizję zaginionego bagażu. Tworzyłam historie w głowie, co zrobię jak mi zginie mój plecak. Przygotowałam sobie awaryjny podręczny zestaw krótkie spodenki, T-shirt, bieliznę na zmianę i małą kosmetyczkę na wypadek gdyby mój bagaż rozpłynął się we wszechświecie. No i masz babo placek, stało się, wykrakałam. Stałam jak ta sierota przy taśmie z bagażami i nie wiem na co liczyłam, że za chwilę mój plecak wyskoczy z taśmy jak królik z kapelusza. Jedyną rzeczą, którą w tamtej sytuacji mogłam zrobić to zachować spokój. Czekałam cierpliwie na osobę, która miała mnie odebrać z lotniska. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że na Haiti jest całkowity zakaz wstępu na teren portu lotniczego osobom z zewnątrz. Przy wejściu na lotnisko można spotkać osoby, które mają znajomości wśród celników i za drobną opłatą mogą pomóc w załatwieniu sprawy. I pojawił się jakiś młody człowiek, zapytał czy ja to ja i pomógł mi zgłosić reklamację. Okazało się, że mój bagaż nie wyleciał z Paryża i przyleci następnym lotem za dwa dni. W związku z tym, że w kwestii finansowania badań zostałam sama jak palec musiałam liczyć się z każdym groszem. Miałam skromną kwotę na własne potrzeby i zero środków na nieoczekiwane zdarzenia typu dodatkowa noc w hotelu za 50 $. Wtedy pomyślałam sobie czym ty się kobieto martwisz, jesteś w kraju w którym ludzie muszą przeżyć za kilka dolarów miesięcznie a ty masz aż 400. Najwyżej schudniesz, co będzie plusem zaistniałej sytuacji bo ostatnio trochę Ci się przybrało na wadze. Jakby było mało atrakcji jednego dnia pierwsza noc w hotelu była toczącą się batalią przeciw gigantycznym karaluchom. Dodatkowo za oknem na pobliskim wysypisku śmieci zebrały się ujadające psy prowadząc bardzo ożywioną konwersację. Leżąc na łóżku myślałam tylko o mojej moskitierze, która została niestety w tym nieszczęsnym plecaku. Oczami wyobraźni widziałam te spacerujące po mojej twarzy karaluchy. Jeszcze na domiar wszystkiego te pełzające po ścianach jaszczurki. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że są bardzo pożyteczne bo zjadają te wszystkie insekty. Tamtej nocy traktowałam to wszystko jako pierwszy etap mojej szalonej przygody.

 

HAITI MOIMI OCZAMI   

Haiti na zawsze pozostanie w mojej pamięci i sercu. Dla mnie to kraj wartościowych ludzi i pięknej kultury. Tętniące życiem ulice, muzyka, śpiew, rytm bębnów wzywających do tańca, ciemność z której rodzi się magia vodou, to wszystko sprawia że to miejsce jest niezwykłe. Może i dla większości ludzi Haiti kojarzy się z krajobrazem pełnym nędzy, głodującymi na ulicach dziećmi i wszechobecną bezdomnością. Owszem Haiti jest najbiedniejszym krajem zachodniej półkuli, owszem ludzie nie żyją w luksusie i nie jeżdżą luksusowymi samochodami, ale ocenianie kogoś przez pryzmat grubości portfela i posiadanych dóbr osobistych to dosyć płytki osąd rzeczywistości. Haitańczycy nie mieszkają w willach, a rozpadających się domkach gdzie w jednym pomieszczeniu śpi kilka osób, gdzie łazienka jest luksusem na który nie stać większości ludzi, a palenisko pod domem służy za kuchnie. Patrząc na ten stan bardzo powierzchownie naszymi europejskimi oczami można stwierdzić, że jest to obraz nędzy i ubóstwa. Ja nigdy nawet przez chwilę, nie pomyślałam o tych ludziach że są biedni. Zawsze staram się oceniać ludzi po tym kim są, a nie tym co posiadają. Dla mnie bogactwem są ludzie i wartości które wyznają. Dlatego uważam, że Haiti pod tym względem jest w czołówce najbogatszych krajów na świecie. Dla Haitańczyka słowo bieda nie ma żadnego znaczenia, wypowiadając to słowo nie odczuwają żadnych przykrych emocji. Jak można czuć się biednym mając kochających ludzi dookoła siebie, sąsiadów na których zawsze można liczyć i garść ryżu i fasoli z których można ugotować posiłek. Przecież najnowszy model telefonu nie sprawi że będę szczęśliwy. To my ludzie zachodu przybierając postawę etnocentryczną robimy z tych ludzi „biedaków”. To trochę tak jakby przekonywać eskimosa, że sandały są mu niezbędne do życia i skoro ich nie ma to na pewno jest biedny. Tak więc w moim odczuciu użycie słowa „piekło” w odniesieniu do kraju- Haiti i ludzi tam żyjących jest krzywdzące. Prędzej „piekłem” nazwałabym Europę w której mamy do czynienia z całkowitym upadkiem wartości moralnych i wszechobecnym konsumpcjonizmem. Kiedyś Konfucjusz powiedział bardzo mądre słowa, że w mądrze zarządzanym kraju powodem do wstydu jest bieda, w źle zarządzanym powodem do wstydu jest bogactwo. Zostawiam nas więc z tymi słowami i zachęcam do głębszej refleksji. Na zakończenie jako wisienkę na torcie, dzielę się z wami  moimi ulubionym fotografiami z cyklu życie codzienne „zwyczajnych” ludzi na Haiti.

Sprzedaję to co mam, nawet garść groszku…

Dwóch chłopców spędza czas po szkole na zabawach w przydomowym podwórku…

Pora zrobić pranie, mydło do ręki i pierzemy. Wbrew pozorom nie jest to takie proste jak mogłoby się wydawać. Jest na to specjalna technika, której niestety po miesiącu nie byłam w stanie opanować. Szacunek dla tych pań, piorących w rękach dżinsy.

Przygotowywanie posiłku na przydomowym palenisku albo jak tutaj małej kuchence na węgiel.

W drodze na cotygodniowy targ, trzeba sprzedać świnki…

Kto z nas nie lubił jako dziecko oblizywać miski po masie na ciasto…tam też dzieciaki to uwielbiają

Pora poprasować miłe panie, trzeba zakasać rękawy i do dzieła.

W drodze do domu…

avatar
  Subskrybuj  
Powiadom o