WIELKI POWRÓT! DLACZEGO ZNIKNĘLIŚMY NA ROK.

Zacznijmy od tego, że ten wpis nie przychodzi mi zbyt łatwo… Może dlatego, że tyle się przez ten rok wydarzyło, że zwyczajnie nie wiem od czego zacząć. To trochę tak, jak spotykasz znajomego po 10 latach i musisz opowiedzieć co u ciebie słychać w niemalże telegraficznym skrócie. A może dlatego, jak pisze Lena Krohn, że ten kto wraca jest zawsze kimś innym niż ten, który odszedł. Jakaś cząstka mnie tej szalonej dziewczyny z Karaibów ewoluowała, albo uleciała gdzieś bezpowrotnie. W duszy nadal gra mi rock and roll, ale nieco lajtowej wersji. Wszyscy, którzy regularnie śledzą bloga wiedzą, że ostatnie kilkanaście miesięcy spędziliśmy w Danii. Był to dla nas czas niezwykle pracowity i przełomowy zarazem. Postanowiliśmy definitywnie zakończyć wszystkie sprawy sprzed wyjazdu na Karaiby i jednocześnie wdrożyć w życie wszystkie pomysły, które narodziły się podczas naszych podróży. Do tego pisanie o podróżowaniu palcem po mapie albo wstawianie starych zdjęć spod palmy w okresie pandemicznym tylko po to, by nie utracić zasięgów, było dla mnie sztuczne i pozbawione sensu. Dlatego też zaszyłam się na te długie miesiące na jednej z duńskich wsi, odhaczając punkty zbliżające mnie osiągnięcia pewnego celu. Dużo się działo i o tym wszystkim chciałabym Wam dziś opowiedzieć.

Reaktywacja pracy doktorskiej

Jak pewnie pamiętacie przez wiele lat w ramach studiów doktoranckich prowadziłam projekt naukowy związany z edukacją na Haiti, która po trzęsieniu ziemi stała się obszarem konfliktu kulturowego pomiędzy wyznawcami vodou a protestantami. Wielokrotnie targały mną wątpliwości, czy doktorat w ogóle ma sens, czy sprawi że będę szczęśliwsza, może bogatsza, albo zwyczajnie czy ta ciężka praca i zainwestowane pieniądze w badania kiedykolwiek się zwrócą. Będąc na Karaibach zrobiłam sobie roczną przerwę od pracy naukowej, by przemyśleć i podjąć ostateczną decyzję o kontynuacji bądź porzuceniu kariery naukowej. Analizując wszystkie za i przeciw stwierdziłam, że dokończę pisanie pracy tylko przez wzgląd na rozpoczęcie pewnego projektu, w którym dr przed nazwiskiem mógłby, albo i nie, w pewnym sensie mi pomóc. Niestety szybko okazało się, że przyzwyczajona do tworzenia treści na bloga, mimowolnie przerzucam styl popularnonaukowy na doktorat. Nie jestem osobą elastyczną pod tym względem i lawirowanie pomiędzy stylem naukowym i popularnonaukowym jest ponad moje możliwości. Musiałam z czegoś zrezygnować i był to niestety blog, co jak się później okazało było błędem taktycznym. 

Moje oczekiwania względem samego procesu przygotowywania pracy doktorskiej, jak i samej wizji jak ma to wyglądać spaliły na panewce. Szybko okazało się, że zostaje wciągnięta do gry, której zasady nie do końca mi odpowiadają. Zawsze myślałam, że dumnie brzmiąca nauka to odkrywanie, przekraczanie granic i tworzenie czegoś nowego. To pewnego rodzaju sztuka, która musi przekraczać wąskie ramy i ciasne horyzonty, w jakich zamknęli ją krytycy akademicy, musi otworzyć się na świat, zetknąć z innymi kulturami, dać się odświeżyć, wchłonąć inne krajobrazy, inne wartości. Jakie było moje rozczarowanie kiedy okazało się, że nauka to nic innego jak powielanie starych, utartych, skostniałych schematów i brutalne podporządkowywanie się naukowej machinie, mentalnie tkwiącej w poprzedniej epoce. Badania w naukach społecznych są trochę jak opera mydlana. Fabuła ta sama tylko aktorzy inni, zamiast Fernando mamy Gonzaleza czy innego grzyba. I tak w kółko tłucze się to samo tylko inną metodologią. 

Dla osoby o nieszablonowym myśleniu, dziwacznym podejściu do życia, o duszy rewolucjonisty i nieco ekscentrycznych pomysłach, wciśnięcie w skostniałe ramy, przetrawionej już milion razy tematyki jest zabójcze. Jak powiedział Albert Einstein „Idąc za tłumem nie dojdzie się dalej niż tłum. Ten kto idzie sam, dojdzie w miejsce do których nikt jeszcze nie dotarł”. Dlatego też postanowiłam pójść sama w nieco inną stronę, niż wszyscy i wymiksowałam się z tej dziwnej gry o nazwie zabijanie kreatywności. 

Powyższa opinia nie tyczy się oczywiście nauk medycznych i przyrodniczych. Rozwój naukowo – badawczy w tych dziedzinach jest niezwykle ważny dla ludzkości. Należy się badaczom szacunek za odkrywczość i geniusz, ale ze szczerego serca współczuję, że musicie niemalże głową przebijać mur tego systemu. 

Reaktywacja pracy doktorskiej​

Kilkunastomiesięczny pobyt w Danii był dla mnie ciężką pracą nad sobą, a dokładniej nad własnym ciałem. Podróżowanie oprócz wielu wspaniałych doświadczeń, cudownych przyjaciół, niezapomnianych chwil dało mi w pakiecie kilkanaście dodatkowych kilogramów. Zmiana trybu życia, brak stresu, mniej ruchu, inne jedzenie spowodowały, że licznik wagi pokazywał coraz to większe liczby. Jakie było moje zaskoczenie kiedy uświadomiłam sobie, że oprócz skarpetek nic na mnie nie pasuje. Dobrze, że jesteśmy skonstruowani tak, że nie tyje nam stopa i palce u nóg, bo musiałabym również wymieniać obuwie. Nadeszła pora by się otrząsnąć i wrócić do wagi sprzed Karaibów. Postawiłam sobie cel, że jako twarz mojej marki nie mogę wyglądać jak prosię, bo jedyne co mogłabym reklamować z taką tuszą, to ewentualnie operację zmniejszenia żołądka. Postanowiłam pozbyć się zbędnego balastu i zacząć ciężko pracować nad własnym ciałem. Praca nad formą była najtrudniejszym zadaniem z jakim przyszło mi się w życiu zmierzyć. Setki godzin spędzonych na siłowni, setki przebiegniętych kilometrów, litry wylanego potu i łzy. Na szczęście samozaparcie i motywacja mnie nie opuściły i zakończyłam tą walkę na podium z wynikiem minus 18 kilogramów. Jestem z siebie dumna, choć jest jeszcze wiele w moim ciele, co chciałabym dopracować. Teraz już mogę trochę odpuścić katorżnicze treningi i powoli bez stresu pracować nad detalami. 

PRACA ZAWODOWA

Praca zawodowa to kolejny z powodów dlaczego tak długo mieszkaliśmy w Danii. Pierwsze nasze plany zakładały, że w Danii zagrzejemy miejsce góra do końca 2019 roku, a w ostateczności zostaliśmy rok dłużej. Zawsze zazdrościłam podróżnikom, że otrzymują gdzieś na swojej podróżniczej drodze nieoczekiwane propozycje i postanawiają zostać w danym miejscu dłużej, niż zakładali. Z niedowierzaniem słuchałam takich historii i wątpiłam czy takie zrządzenie losu jest możliwe. Mieliśmy to szczęście przekonać się o tym na własnej skórze. Na naszej drodze spotkaliśmy cudownych ludzi, którzy oprócz przyjaźni, rodzinnego ciepła oferowali nam dach nad głową i pracę. Mając w planach rozwój naszego projektu, to taka propozycja wydała nam się wygraną na loterii. Nieoczekiwanie otrzymałam wszystko to, o czym marzyłam przez ostatnie miesiące, czyli mały domek za miastem z pięknym ogrodem i całą gromadkę uroczych i najukochańszych zwierzaków pod opieką. Dzięki naszej aktywności zawodowej mogliśmy powoli wdrażać w życie nasz projekt i zamienić nasze plany i marzenia w działanie. 

NASZ WIELKI MAŁY PROJEKT

Praca nad wizją i strategią naszego projektu całkowicie nas pochłonęła. Podróże zainspirowały nas do tego, by stworzyć przestrzeń dla wszystkich aktywnych osób, które jak my lubią aktywny tryb życia. Miejsce, które będzie przywoływało na myśl ciepło karaibskiego słońca, miłość do natury, wykorzystując nasze doświadczenia i wiedzę. Nasz nowy projekt, który ruszy już niebawem to efekt naszej kilkunastomiesięcznej pracy, a także zaangażowanych w to specjalistów, bez których projekt nie mógłby być zrealizowany.

Sama również przez te kilkanaście miesięcy dokształcałam się w nowej dla mnie dziedzinie, odbywając liczne kursy aby posiąść wiedzę, potrzebną do rozwoju naszego projektu. Niespełna kilka tygodni temu uzyskałam dyplom londyńskiego Formula Botanika, jedynej szkoły w Europie, która prowadzi profesjonalne kursy związane z branżą kosmetyczną. Możemy zdradzić, że nasz nowy projekt związany jest właśnie z tą dziedziną. Na tą chwilę więcej informacji Wam nie zdradzę, ponieważ chcę stworzyć na tą okoliczność oddzielny post na blogu. 

NASZ WIELKI MAŁY PROJEKT​

Marek Hłasko napisał, że wszyscy wracają kiedyś do miejsc, z których chcieli uciec. Jeszcze kilka lat temu nie marzyłam o niczym innym, jak tylko wyjechać z tego smutnego kraju w którym życzliwość ludzka utonęła w czeluściach pogodni za pieniądzem. Mieliśmy to szczęście, że nam się to udało i mogliśmy przez długi czas zwiedzać świat mając możliwość zasmakowania codziennego życia w innej kulturze. Każdy kraj w którym mieszkaliśmy zachwycił nas swoją odmiennością i każdy miał również swoje minusy. Były momenty trudne, przeszkody które trzeba było pokonać i problemy z którymi trzeba było się zmierzyć. Mimo to, w każdym z tych miejsc byliśmy szczęśliwi i czuliśmy się spełnieni. Mieliśmy wyjątkowe szczęście do ludzi, których spotkaliśmy na swojej drodze i którzy sprawili, że nigdy nie czuliśmy się samotni. Nadszedł jednak taki czas, kiedy trzeba było podjąć decyzję o powrocie na jakiś czas do Polski. Nie jest to spowodowane tym, że mamy dość życia na obczyźnie czy tęsknotą za domem. Napięta sytuacja w naszym kraju, również nie zachęca do powrotu, a mimo to wróciliśmy. Nasza decyzja ma związek z rozpoczęciem i rozwojem naszego zawodowego projektu. W obecnych czasach wiele rzeczy można wykonywać zdalnie, kierować zdalnie firmą czy załatwiać sprawy urzędowe, ale tylko na pewnym etapie jej rozwoju. Na samym początku kiedy budujemy markę, tworzymy sieci kontaktów, dopełniamy formalności i uczymy się funkcjonowania w nowych okolicznościach to nasza obecność jest niezbędna. Nie chcieliśmy wracać do naszego mieszkania i miasta z którego uciekliśmy trzy lata temu. Warszawa zdecydowanie nie jest miejscem do życia dla nas. Zabija w człowieku pokorę, skromność, umiejętność dostrzegania radości w małych rzeczach, wywierając presję na posiadanie, a nie bycie. Obydwoje cenimy sobie te wartości, kameralną przestrzeń, życie blisko natury, spokój, brak tłumu ludzi. Nasz wybór padł na Pomorze bo chyba nie ma nic piękniejszego, niż Bałtyk zimową porą. Wybraliśmy jako nasze nowe miejsce do życia Kołobrzeg i był to strzał w dziesiątkę. Dopiero poznajemy miasto, jego zakątki w poszukiwaniu naszych nowych miejsc. Na razie zakotwiczyliśmy tutaj do końca maja, co będzie później czas pokaże… Mamy ciągle cichą nadzieję, że będziemy mogli wrócić na południe USA do naszej kochanej Luizjany i zatracić się w nowoorleańskim dziwactwie.  

Jak widzicie, podczas naszej nieobecności w social mediach dużo się wydarzyło, a czas spędzony w Danii był bardzo owocny i pracowity. Życie to przecież ciągłe wyznaczenie sobie celów, priorytetów, ale przede wszystkim to sztuka wyboru. Musiałam niestety zrezygnować z regularnego dzielenia się z Wami moimi doświadczeniami na blogu, przez krótką jak dla mnie chwilę, by rozwinąć się na innym polu. Dodatkowo pandemia i izolacja wszystkim dała w kość, rodziła wśród ludzi wiele frustracji i problemów. Pisanie o podróżach których nie można odbyć to tak, jak dać niewidomej osobie kredki i kazać namalować tęczę. Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść i poświęcić ten czas na inne aktywności. Jednak statystyki bloga nie kłamią i stwierdzam, że zeszłam z tej sceny niepokonana, ponieważ blog ciągle żyje i ma się naprawdę dobrze. Nie straciłam wiernych czytelników za co wszystkim bardzo dziękuję. Mogę teraz z dumą powiedzieć, ze wracam do pisania nieco w innej formie. W jakiej? Dowiecie się już niedługo…

Subskrybuj
Powiadom o
guest

4 komentarzy
Informacje zwrotne
Zobacz wszystkie komentarze
Kasia
Kasia
14 lutego 2021 21:17

Kołobrzeg powiadasz hmm…… do mnie to już tylko rzut beretem😘😉

Agnieszka
Agnieszka
15 lutego 2021 11:33

Nie mogłam się oderwać od czytania, a teraz stale wracam myślami do tego, co przeczytałam. Za każdym razem inna część przykuwa moją uwagę i zatrzymuje mnie, żeby przemyśleć to, co napisałaś… Bogate, głębokie myśli i spostrzeżenia. Dla mnie w tym wszystkim niesamowita jest Twoja odwaga. I nie chodzi tu o odwagę wielkich czynów, ale odwagę która jest potrzebna do zmagania się z przeciwnościami losu, z wyzwaniami codzienności, do konfrontowania się z tym, co nowe, nieznane i nieprzewidywalne.
Cieszę, że wreszcie wróciłaś do rodziny blogerów, czekam na więcej i trzymam mocno kciuki za powodzenie Waszych planów! 😊😘

4
0
0
    0
    Koszyk
    Twój koszyk jest pustyPowrót do sklepu
      Przewiń do góry